Wiaderko kapusty kiszonej, kilogram mięsa, kilogram kiełbasy, dużo ziaren jałowca, dużo liści laurowych.
Obowiązkowo suszone borowiki. Obowiązkowo śliwki. Ideał - wędzone. Realnie - suszone. I pół butelki czerwonego wina.
No i stoję pół dnia przy garze. Cztery kilogramy bigosu spokojnie sobie popierduje na ogniu. Jeszcze powtórka jutro.
Zachęciłam Was? :))
Oj, zachęciłaś :-))
OdpowiedzUsuńŚlinka cieknie :-))
na pierwszy rzut oka,pomyślałam,że to miseczka granoli;)
OdpowiedzUsuńZachecilas??? Ty mnie tym postem zabilas!!! U mnie wlasnie 23:20, ja glodna jak sarna na diecie (ostatnia przegryzke mam tak do ok 21:00, a obiad jadam o 16:00), i teraz siedze i slucham burczenia mojego zoladka, a Ty mi tu z bigosem!!!! O matko, jak ja dawno nie jadlam prawdziwego, domowego bigosu!!! Kilka lat juz bedzie, chyba z 7!!
OdpowiedzUsuńSline teraz wycieram z kostek!!
Oj tak, po wczorajszej słodkiej sobocie zjadałabym takiego kwaśnego bigosiku. Pamiętam Twój ubiegłoroczny post z bigosem halloweenowym :-), po nim zrobiłam swój pierwszy w życiu bigos :-), wyszedł wyśmienicie i teraz robię go dość często przy różnych okazjach, koniecznie z suszonymi śliwkami i czerwonym winem, czasem tylko zapominam o grzybkach :-). Pozdrawiamy.
OdpowiedzUsuńZachęciłaś!
OdpowiedzUsuńZrobiłaś... ogromnego smaka. Dawno bigosu nie jadłem, bo po operacji nie pozwolili. Ale myślę, że już mógłbym, dlatego ugotuję sobie :)
OdpowiedzUsuńPoproszę o jakiś szczegółowszy przepis :)
I do not often leave a comment..but I visit your blog often and love your beautiful photos. Happy Christmas to you and your little Angel..and all your loved ones. Thank you for the beauty you share!
OdpowiedzUsuń