piątek, 17 grudnia 2010

Szykujemy

się do jutrzejszego ubierania choinki.
Ozdoby przyniesione z piwnicy. Nowe światełka kupione.
Tylko choinki brak. Pojedziemy po nią jutro sankami. Autem za blisko, na piechotę za ciężko. Przyjedzie więc do nas triumfalnie na sankach.
W moim domu od zawsze ubieranie choinki to już był początek świętowania. Nigdy nie wytrzymalismy do 24 grudnia. Zawsze kilka dni wcześniej.

Marzy mi się kulig. Taki jak kiedyś.
Taki, jak kiedy byliśmy dziećmi.
Zakończony ogniskiem i kiełbaskami.
Futrzane czapy, kołnierze z lisów z łapkami i ogonami na kożuchach.
Wąsiaści panowie popijający wódeczkę z aluminiowych kieliszków i trzaskający mróz.
Pracownicze kuligi naszych rodziców organizowane z funduszu świadczeń socjalnych.
Czy rzeczywiście tak było? Czy tylko mi się przyśniło, a potem uwierzyłam, że tak bywało. Nie pamiętam.



8 komentarzy:

  1. Niech to marzenie kuligowe spełni się Tobie na Święta :-) Tylko już może nie te z funduszu ;-P

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej Dag! Dobry fundusz nie jest zły! ;)))

    OdpowiedzUsuń
  3. Tak teraz jak patrzę na zdjęcia Nadii to wygląda jak dziewczynka w Dniu Świętej Łucji:-))

    OdpowiedzUsuń
  4. A to kioskowa korona za 3,5zł. Nie dało się nie kupić. Hmm..

    OdpowiedzUsuń
  5. Kulig, coś takiego w ramach atrakcji turystycznej fundują teraz górale i nie tylko bo dość popularne są też w Puszczy Białowieskiej, zakończone pieczeniem jakiegoś barana, ogniskiem, kuligi z pochodniami, może się skusicie? tak w ramach sylwestra:-))
    Hii mamy taką samą koronę, już połamaną, a młodsza M. jak zobaczyła za moimi plecami zdjęcie N. w koronie, to zaczęła krzyczeć, mamo to ja, to ja!!!

    OdpowiedzUsuń
  6. Hi, hi! Same księżniczki.
    Kulig sylwestrowy, brzmi miło...

    OdpowiedzUsuń

Archiwum bloga