Ozdoby przyniesione z piwnicy. Nowe światełka kupione.
Tylko choinki brak. Pojedziemy po nią jutro sankami. Autem za blisko, na piechotę za ciężko. Przyjedzie więc do nas triumfalnie na sankach.
W moim domu od zawsze ubieranie choinki to już był początek świętowania. Nigdy nie wytrzymalismy do 24 grudnia. Zawsze kilka dni wcześniej.
Marzy mi się kulig. Taki jak kiedyś.
Taki, jak kiedy byliśmy dziećmi.
Zakończony ogniskiem i kiełbaskami.
Futrzane czapy, kołnierze z lisów z łapkami i ogonami na kożuchach.
Wąsiaści panowie popijający wódeczkę z aluminiowych kieliszków i trzaskający mróz.
Pracownicze kuligi naszych rodziców organizowane z funduszu świadczeń socjalnych.
Czy rzeczywiście tak było? Czy tylko mi się przyśniło, a potem uwierzyłam, że tak bywało. Nie pamiętam.
Niech to marzenie kuligowe spełni się Tobie na Święta :-) Tylko już może nie te z funduszu ;-P
OdpowiedzUsuńHej Dag! Dobry fundusz nie jest zły! ;)))
OdpowiedzUsuńW sumie ;-)
OdpowiedzUsuńTak teraz jak patrzę na zdjęcia Nadii to wygląda jak dziewczynka w Dniu Świętej Łucji:-))
OdpowiedzUsuńA to kioskowa korona za 3,5zł. Nie dało się nie kupić. Hmm..
OdpowiedzUsuńNie wygląda :-)))
OdpowiedzUsuńKulig, coś takiego w ramach atrakcji turystycznej fundują teraz górale i nie tylko bo dość popularne są też w Puszczy Białowieskiej, zakończone pieczeniem jakiegoś barana, ogniskiem, kuligi z pochodniami, może się skusicie? tak w ramach sylwestra:-))
OdpowiedzUsuńHii mamy taką samą koronę, już połamaną, a młodsza M. jak zobaczyła za moimi plecami zdjęcie N. w koronie, to zaczęła krzyczeć, mamo to ja, to ja!!!
Hi, hi! Same księżniczki.
OdpowiedzUsuńKulig sylwestrowy, brzmi miło...