Bo jak wiosna, to wiosna.

Dziś moje dziecko szalało z opiekunką na hulajnodze. Z przywiązaną najprawdziwszą Marzanną.
Głowa z balona, włosy z bibuły, urocza pelerynka i patol z okolicznego drzewa.
Widok musiał być ciekawy, bo doniesiono mi o fakcie życzliwym smsem. ;))
Przez Lublin przepływają dwie rzeki. Takie, co to da się je przeskoczyć przy odrobinie chęci.
I tak sobie myślę ile to kukieł tragicznie zginęło dziś w ich rwących nurtach. Ot, tradycja.
Pamiętam..., pamiętam te przedszkolne wyjścia...
O tak, ja też pamiętam! Nauczycielka zawsze pieczołowicie robiła Marzannę, nie pozwalała nam nawet jej dotknąć - zgłaszała ją na konkurs. Potem mówiła, że to dzieło dziecięcych rąk, naszych rączek naiwnych :-). I te pielgrzymki nad Wisłę, pamiętam zwały kry i połacie śniegu na piasku. Fajnie było!
OdpowiedzUsuńNoooo, fajnie. Warto do tego wrócić...
OdpowiedzUsuńW przyszłym roku też sobie pójdę ją utopić.
Będzie bez szans, skubana!