piątek, 14 maja 2010

8 rano

Za oknem mam totalną burzę. Niebo aż granatowe, ciemnica, ściana deszczu, grzmoty i pioruny. Ledwo do pracy doleciałam. Nie mówię, ale troszkę się boję.;)
To złośliwość losu, bo pierwszy raz w tym roku nałożyłam sandałki.
No to ja na przekór, na pamiątkę:
Od o

Od o

20.00
Lublin wprost zatopiony. Ulewa, strumienie wody płynęły po ulicach i chodnikach.
Samochody robiły całe fontanny. Nawet przeskakiwać przez kałuże się nie dało. Miasto to jedna wielka kałuża. Po kostki. Ostatecznie, cała przemoczona dotarłam do domu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Archiwum bloga