wtorek, 5 października 2010

Pechowa.











Wczoraj do popołudnia myślałam, że jestem jakaś pechowa.
Od rana wszystko co mogło, nie udawało się.
Całą drogę do przedszkola niosłam dziecko na rękach, bo nie chciała iść. Doleciałam z mokrymi plecami ze zmęczenia. Wychodząc z przedszkola okazało się, że mam 4 minuty do odjazdu autobusu, biegłam więc na szpilkach. Ledwo żywa wsiadłam, na 3 przystanku autobus zepsuł się, blokując wyjazd z uliczki jednokierunkowej 4 innym. Staliśmy tak ze 20 minut. Potem przyjechał następny, cały nasz autobus zapakował się do już pełnego kolejnego. Zapierając się kolanem spędziłam w korku kolejne 50 minut. Oczywiście paskudnie spóźniona wpadłam do pracy. Zsiliłam kolano, utykam na lewą nogę.
Po południu okazało się, że dziecko znów chore, nie może chodzić do przedszkola.
Lekko podłamana, w osiedlowym sklepie między lodówką z nabiałem a rybami spotkałam koleżankę, która... powiedziała, że z przyjemnością będzie pilnowała Nadię do czasu kiedy nie znajdzie stałej pracy!!!! Uffff... HURRA!!!!! DZIĘKUJĘ IWONKO!

3 komentarze:

  1. ufff
    co za dzień
    dobrze, ze dobrze się skończył :)

    OdpowiedzUsuń
  2. :)))) hm... faktycznie mogłoby być gorzej... takie tam rozterki młodej mamusi... ;)
    pozdrowienia gorące!

    OdpowiedzUsuń
  3. Piekna ta Twoja jesien... i tyle fajnych zdjec w innych postach... pierwsze i drugie bardzo mi sie podoba... a dzien faktycznie mialas pechowy, aby takich bylo jak najmniej... :-)

    Pozdrawiam serdecznie. M

    OdpowiedzUsuń