
Wstać, umyć, ogarnąć, nakarmić, ubrać, zaprowadzić, dojechać, pracować, pracować, pracować, dojechać, przyprowadzić, kupić, rozebrać, nakarmić, posprzątać, ugotować, wykąpać, uspić, usiąsć, 10 minut pogapić się w sufit i kolejny dzień za mną.
Rutyna jakas do mnie przyszła. Bez zaproszenia.
I właśnie z takich małych wielkich rzeczy składa się życie:-).
OdpowiedzUsuńja moją prywatną rutynę po prostu zaadoptowałam;nie zaskakuje mnie już swoimi nagłymi wizytami.mieszka w pokoju obok,razem oglądamy tv śniadaniową, pojawiła się nić porozumienia:)rutyna to rutyna, ale swoja;)!!!
OdpowiedzUsuńWitaj w klubie. Moj rozklad jazdy nieco inny , ale podobnie regularny i powtarzalny. Brrrrr. Pozdrawiam cieplo mimo paskudnego chlodu.
OdpowiedzUsuńtaka rutyna i podejście to chyba efekt szarej już jesieni i braku słońca...
OdpowiedzUsuńmoja recepta choćby na odprężenie: kąpiel z pianą, dobrą książką i lampką wina :)
i jakiegoś szalonego i niecodziennego pomysłu na weekend ci życzę - na złamanie tej rutyny :)
MOJA DROGA, napisz do mnie prosze, bym mogla zaprosic Cie do ogladania mojegpo bloga.niccada@gmail.com. pozdrawiam serdecznie
OdpowiedzUsuńJulko, gratuluję i zazdroszczę! My ze swoją się żremy:)
OdpowiedzUsuńJa nie mam dzieci, a rutyna też mnie dopada, męczy i różne takie...
OdpowiedzUsuń